A w Czarnej jest biało!

Tak jak i w całej Polsce, ale tu, w Bieszczadach, zanotowano ostatnio najniższe temperatury – poniżej minus 30 stopni. Stąd też zmiana terminu wyjazdu do stacji Hylaty, prognoza bowiem stanowiła, że po niedzieli ma się nieco ocieplić. I rzeczywiście, kiedy we wtorek w południe dojechaliśmy do Zatwarnicy, było tylko minus 9. Za to śniegu co niemiara, domy w czapach wyglądały bajkowo a drzewa ledwo dźwigały ciężar białego „puchu”. Co jakiś czas taka gałąź, obciążona ponad miarę, pozbywała się swego balastu i wtedy w powietrzu wirowała diamentowa chmura. Nie było jednak za wiele czasu na podziwianie rozgrywek między wiatrem a drzewami, należało bowiem dostarczyć do stacji sprzęt, sprawdzić pracę urządzeń i uruchomić ładowarkę akumulatorów. Samochodem udało się przejechać około dwóch kilometrów jako tako odśnieżoną drogą, potem były już tylko dwie koleiny pochodzące najwidoczniej od jakiegoś traktora. Na szczęście mieliśmy dziecięce saneczki, na które załadowaliśmy agregat, ładowarkę i kanister z benzyną. Szczęście jednak odwróciło się od nas, a i od właściciela traktora takoż, w miejscu gdzie nawet ta maszyna ugrzęzła w grubej warstwie śniegu. Zamiast kolein wzdłuż i w poprzek drogi plątały się głębokie ślady, pozostawione przez liczne tutaj jelenie. W pobliżu widać było płytkie odciski wielkich wilczych łap, a w pewnym miejscu na środku czegoś, co powinno być drogą leżała sobie samotna jelenia łapa z racicą, najwyraźniej ślad po niedawnej uczcie. Już zaczęliśmy się rozglądać szukając w leśnej gęstwie pary (albo i kilku par) świecących oczu, kiedy uświadomiliśmy sobie z ulgą, że skoro wataha niedawno upolowała duże zwierzę, to jacyś ludzie nie będą dla niej atrakcyjni. Poza tym mieliśmy do rozwiązania kolejny problem – saneczki bowiem w tym dziewiczym terenie zupełnie zawiodły – ciągle się wywracały, nareszcie ugrzęzły na dobre. Nie pozostało zatem nic innego, jak tylko wziąć aparaturę w ręce i donieść ją do stacji. Łatwo powiedzieć „donieść”, kiedy zrobienie każdego kroku naprzód polegało głównie na wyciąganiu nogi zakrocznej ze śniegu sięgającego wyżej kolan. Gdy słoneczko zaszło już za górkę, chłód zaczął dotkliwie kąsać odsłonięte fragmenty twarzy, a stacji wciąż nie było widać. Przerwy były coraz dłuższe a oddechy coraz krótsze. Nareszcie za kolejnym zakrętem dostrzegliśmy bezpośrednie otoczenie szałasu, dumnie zwanego „Stacją Hylaty”.  Ostatnie kilkadziesiąt metrów było najtrudniejsze, wpadaliśmy w wykroty, jeden z nich miał ponad metr głębokości. Nareszcie dotarliśmy na górkę, Adam wpełzł do środka i odczynił należne uroki, po czym uruchomił agregat. Kiedy ten wesoło zawarczał, a na wskaźniku ładowarki zakwitły wszystkie diody, wiadomo już było że uda się wywiązać z zadania. Niepewność nasza brała się stąd, że w trakcie wędrówki do generatora i ładowarki dostało się mnóstwo śniegu, który oczywiście starannie „wytrzepaliśmy”, ale nikt nie miał pewności czy do końca. W drodze powrotnej zerknęliśmy na wodospad i stwierdziliśmy, że utracił on prawo do tej nazwy, ponieważ wody w potoku nie było, więc nie miało co spadać. W powrocie ma kwaterę towarzyszyła nam na zachodzie jasna Wenus, a nieco wyżej na południowo-zachodnim niebie świecił trochę słabiej Jowisz. Kiedy zaś po 21 udaliśmy się ponownie do stacji, aby uzupełnić paliwo w agregacie, Wenus już zaszła była, Jowisz skłaniał się ku horyzontowi, zaś na wschodzie na tle gwiazdozbioru Lwa pysznił się czerwienią Mars. Nad wszystkim dominował blask będącego w pełni Księżyca. Nie sposób w taką noc nie wspomnieć o wierzeniach Aborygenów, którzy tłumaczą zachowanie psów Dingo w księżycowe noce. Otóż kiedy bogini-matka utożsamiana przez nich z Księżycem stworzyła świat, dała wszelkiemu żywemu stworzeniu dwie możliwości – albo ciągłe odradzanie się na swoją modłę, albo też jedno życie kończące się śmiercią. Psu Dingo, reprezentującemu ziemskie życie w tych negocjacjach sytuacja zanikania i odradzania się od zera nie przypadła do gustu, a kiedy zorientował się, że alternatywa jest znacznie gorsza, rozpoczął wyć do Księżyca chcąc skłonić boginię-matkę do zmiany decyzji. Ale było już za  późno i dlatego jest jak jest, ale wszystkie psy nadal wyją do naszego satelity. Oprócz Księżyca na niebie widać było najjaśniejsze gwiazdy, z Syriuszem włącznie. Ten zaś wskazywał nam drogę, ponieważ stacja leży dokładnie na południe od miejscowości Zatwarnica, w stronę Połoniny Wetlińskiej. Jasną nocą dojście nie było trudne, zwłaszcza że tym razem szliśmy bez bagażu. Aparatura sprawowała się znakomicie, generator pracował miarowo, zatem po uzupełnieniu paliwa wróciliśmy spokojnie na kwaterę. Za to kiedy rano nadeszła pora ponownego dotarcia do stacji, termometr wskazywał minus 26 stopni. Silnik na szczęście zapalił przy drugiej próbie i tak oto podjechaliśmy do polanki z mielerzami, aby resztę drogi przebyć już na piechotę. Wczorajsze ślady marsz ten znacznie ułatwiały, zaś kiedy po wykonaniu niezbędnych czynności załadowaliśmy nasz sprzęt na  saneczki, te właśnie ślady sprawiły, że droga powrotna była dość łatwa, choć temperatura powietrza nadal nie przekraczała minus 18 stopni. W trakcie wędrówki Słońce jaskrawo oświetliło śniegiem pokrytą Połoninę Wetlińską, dzięki czemu nader często oglądaliśmy się za siebie. Wyjeżdżając z doliny Sanu jeszcze raz skierowaliśmy wzrok na południe, gdzie zza Bukowego Berda wychylały się wierzchołki Halicza i Tarnicy, a panoramę zamykał potężny grzbiet Połoniny Caryńskiej. Na wschód od Halicza, we mgle, szczerzyło zęby kolejne pasmo gór – ale już położone na Ukrainie. I wtedy powiedzieliśmy do siebie – jeszcze nieraz tu wrócimy.

Niby Czarna, a tu biało

Niby Czarna, a tu biało

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Śniegowe czapy przykrywają wszystko

Śniegowe czapy przykrywają wszystko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drzewom ciężko, a co dopiero nam

Drzewom ciężko, a co dopiero nam

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Alaska? Nie, Zatwarnica!

Alaska? Nie, Zatwarnica!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Saneczki z napędem

Saneczki z napędem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Aparatura stacji jest pod powierzchnią ziemi

Aparatura stacji znajduje się pod powierzchnią ziemi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na pożegnanie - widok na Połoninę Wetlińską

Na pożegnanie - widok na Połoninę Wetlińską

1 odpowiedź do wpisu: “A w Czarnej jest biało!”

Dodaj komentarz