Gdy entropia maleje…

Zamykając ostatni numer „Listów do AA” spoglądałam co prawda na leżące obok laptopa bilety na prom na Paros, lecz nie sądziłam, by wypad w tę stronę miał zaowocować czymś szczególnym. W końcu wysepki cykladzkie są do siebie dosyć podobne. Jednak któregoś deszczowego wieczoru, dobrego na zrobienie porządków w fotografiach, zorientowałam się, że Paros to wyspa rzeczy dziwnych, by nie rzec dziwacznych. Właściwie już sam początek ekskursji zapowiadał niespodzianki – wykonawszy bowiem (na przekór wiatrowi, słonej pianie bluzgającej w obiektyw i kołyszącemu się statkowi) parę ujęć wyłaniającej się z odmętów Morza Egejskiego naszej gwiazdy dziennej, oto co ujrzałam „przy bliższym poznaniu”:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W samym mieście portowo-promowym są dobrze zachowane fragmenty zamku frankońskiego z XIII w., a ich wygląd dowodzi, że recycling wcale nie jest nowożytnym wymysłem, mury bowiem owej twierdzy wzniesiono z kolumn, nadproży, gzymsów itp. elementów świątyń pogańskich oraz wczesnochrześcijańskich. Nieopodal znajduje się świątynia, której pierwowzór datuje się na IV w., słynąca z tego, że można dostać się do niej przez setkę drzwi. Bieda w tym, że dotychczas znaleziono ich 99, a te setne spędzają sen z powiek archeologom. Ponadto, jakby było mało, kościół posiada dodatkową kampanilę – na drzewie…

 

 

 

 

W interiorze jest sobie miejscowość Lefkes, gdzie postawiono kościół z marmuru. Co oznacza nie tylko ściany z tego materiału budowlanego, ale również wyposażenie wnętrza (pardon, drzwi są drewniane, a na dach nie miałam czelności się wspiąć). Niestety, ze względu na prace renowacyjne obiekt był dostępny jedynie do oglądu zewnętrznego.   

Ciekawostka przyrodnicza: sekwoje á la Hellada, czyli czynne zawodowo do nadal drzewa oliwne liczące, bagatela, jakieś 1500 lat.

 

 

 

 

 

 

 

 

Żyje tu również człowiek, który zbiera wszystko, a także własnoręcznie wykonuje miniatury najsłynniejszych cykladzkich obiektów; swe zbiory i prace prezentuje w prywatnym muzeum i za drobną opłatą umożliwia podziwianie. 

 

 

 

A na pobliską Antiparos przeprawa promowa odbywa się tyłem, tj. rufą do przodu (z powrotem zresztą też, bo przecież Paros to anty-Antiparos). Jednakowoż życie toczy się tam normalnie.

 

 

 

 

U nas mniej lub bardziej złota jesień, a mnie jest szkoda lata… Ech, posiedziałoby się w jakiejś przystani przy podwójnej greckiej bez cukru!

Dodaj komentarz