Listy do AA, czyli z motyką pod wysokim Słońcem

Drodzy AA,

W ramach powrotu do przeszłości Argonauci, za Leonardosowym i moim przewodem, wykonali kolejną wycieczkę, tym razem “w niedalekie pobliże”, na/do Ano Syros.

Nękana ciągłymi najazdami piratów starożytna nadbrzeżna osada na wyspie powoli zamierała, upadał bowiem handel, a z nim i podstawa bytu mieszkańców. Ludzie, mając po uszy “przyjacielskich wizyt”, wykonali translację o trzy kilometry od brzegu morza i na wzgórzu Mesovouni z początkiem XIII w. zbudowali sobie nową siedzibę – twierdzę, wejścia do której strzegło siedem bram. W efekcie powstało miasto Ano Syros, które nawet w czasach okupacji tureckiej, dzięki szczególnym przywilejom (zwolnienie od podatków i wolność religijna – wynegocjowane przez lokalne władze), zachowało swą tożsamość.

 

Katolicka katedra pw. św. Jerzego na szczycie wzgórza i nieco niżej położone rozmaite domy użyteczności publicznej i prywatnej stanowią bardzo malowniczą zabudowę, a między nimi, po wąziutkich uliczkach i niesamowitej ilości marmurowych schodów, plącze się do dziś średniowieczna atmosfera.

 

 

 

 

Katedra w pierwotnej swej wersji nie istnieje, została bowiem spalona w XVII w.; zbudowano ją na nowo w 1834r. W ołtarzu głównym widnieje obraz św. Jerzego pędzla bawarskiego malarza Lindera.

Ciekawostką jest zawieszona pod sufitem nawy bocznej srebrna miniatura francuskiego żaglowca “L’ Estafette” – wyraz wdzięczności mieszkańców za ostateczne rozwiązanie kwestii pirackiej (o tak, to ugrupowanie bardzo aktywnie działało aż do początku XIX w.).

W Ano Syros ostatnie lata swego burzliwego życia spędził Markos Vamvakaris (ktoś w rodzaju Jimmy’ego Hendrixa), człowiek wielce zasłużony dla współczesnej muzyki greckiej m.in. przez spopularyzowanie instrumentu zwanego buzuki. Mieliśmy okazję zobaczyć jego mieszkanie, w którym urządzona jest izba pamięci. A paręnaście stopni wyżej znajduje się Muzeum Etnograficzne, gdzie również ma swe lokum miejskie archiwum. Po obu tych historycznych miejscach oprowadzał nas jak najbardziej współczesny Achilles.

 

Spacer po mieście, który polega na wędrówce schodami to w dół, to w górę, miał się ku końcowi i wtedy wydarzyło się coś, co w Polsce jest niesłychanie mało prawdopodobne. Przy głównej ulicy na murku naprzeciwko sklepu spożywczego siedzieli dwaj mężczyźni. Gitara, śpiew, świetne wino lane z plastikowej półtoralitrówki do kubków jednorazowych, kostki sera i szynki jako zagrycha. Przystanęliśmy z Leo, żeby wspólnie pośpiewać, po paru minutach dołączył Achilles z żoną – i zrobiło się high society w ścisłym tego słowa znaczeniu, albowiem okazało się, że gitarzysta jest też fizykiem. Argonauci zeszli sobie do Ermoupoli, a my – starożytni – zrobiliśmy sobie konferencję na szczycie w kilku przyzwoitych językach europejskich, ze szczególnym uwzględnieniem greckiego i polskiego.

 

 

 

 

 

 

A zatem –  ja sas!

Wasza Adoratorka

 

Dodaj komentarz