Stacja z (u)krytym basenem

Tym razem nie uszło nam na sucho. Po otwarciu wejścia do stacji Hylaty Adam stwierdził, że w środku wody do pół łydki, zatem należało zacząć pracę od jej usunięcia. Zastosowaliśmy niezawodny sposób – fizyka się kłania – czyli lewar wodny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czekając na efekty, wspiąłem się na platformę nad stacją i spojrzałem z góry na ten świat – widok był interesujący.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Grube, omszałe buki dostojnie świadczyły o minionych wiekach,  a mocno zmurszały, ale jeszcze dumnie sterczący pień jednego z nich opierał się czasowi ze wszystkich sił. Zaś pnie tych wiekowych drzew, które poległy w walce z wiatrem, stały się siedliskiem tysięcy organizmów współtworzących ekosystem zwany lasem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po niespełna pół godzinie „wody odeszły” i można już było wejść do środka, aby wykonać niezbędne czynności. Poszło gładko, agregat zaskoczył i wypełnił okolicę łagodnym warkotem. Wracając zatrzymaliśmy się, jak zawsze, przy wodospadzie Szepit na potoku Hylaty, który z racji obfitości wód z topniejących w górze śniegów szalał skacząc po skalnych progach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na nieodległej łące pojawiły się już aromatyczne kłącza „czosnku niedźwiedziego” – ciekawe, czy te miłe zwierzątka rzeczywiście się nim raczą?  Drogę, z jakiej korzystamy zbudowali w latach sześćdziesiątych żołnierze z Dolnego Śląska, co zostało upamiętnione odpowiednią tablicą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na co dzień wywozi się nią ogromne ilości drewna, pozyskiwanego w bieszczadzkich ostępach. Tym razem jednak, korzystając z zapadających ciemności, maszerowała nią zwykła, choć wielka żaba. Może jutro uda się napotkać coś bardziej godnego uwagi.

 

 

 

 

 

 

 

Niedzielny poranek wstał deszczowy, a lesisty Dwernik- Kamień skrył się za welonem mgły. Ale że praca musi być wykonana, już przed siódmą byliśmy przy stacji, sprawnie obsługując urządzenia. Potem został tylko obowiązek towarzysko – sentymentalny, czyli kawa u Pani Stasi, i ruszamy w drogę powrotną. Przed Berehami po lewej stronie drogi zaskakujący treścią znak, a zaraz po nim – cóż za niespodzianka – w poprzek drogi przemknęły dwa spore wilki. Spojrzawszy na samochód, niespiesznie zanurzyły się w leśną gęstwinę, dobitnie zaznaczając, kto tu jest u siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No cóż, na niedźwiedzia przyjdzie czas następnym razem.

1 odpowiedź do wpisu: “Stacja z (u)krytym basenem”

  1. A skąd wiadomo, że to była zwyczajna żaba, a raczej ropucha? Dwóch miłośników przeżyć ekstremalnych, a żaden nie miał odwagi pocałować?…

Dodaj komentarz