Z motyką na Słońce, czyli tak na dwa palce od koła podbiegunowego

W ubiegłym tygodniu odebrałam dostawę z krainy fiordów, gejzerów, lodowców, wód mineralno-termalnych, wulkanów błotnych oraz wulkanów typowych, w tym jednego wykazującego złośliwą nadczynność. Dostawa przywiozła ze sobą m.in. fotografie wykonane przez koleżankę Audrey Segros-Lambert, Francuzkę. Sesja zdjęciowa odbywała się mniej więcej w połowie lutego tego roku, mniej więcej w połowie dwóch kolejnych nocy, w północnej części Dymiącego Dołu (powszechnie znanego jako Reykjavik). Nie, nie mam zamiaru czekać z tym do stosownej pory roku. Zresztą, temperatura otoczenia poniekąd upoważnia mnie do zaaplikowania ożywczego prysznica. Przedstawiam zagraniczną piękność: oto Aurora Borealis w paru odsłonach, jak żywa.

16.02.2010, godz. 23.31

 

 

 

 

 

 

 

16.02.2010, godz. 23.59

 

 

 

17.02.2010, godz. 00.01

17.02.2010, godz. 23.36

17.02.2010, godz. 23.45

 
 

 

 

 

 

 

 

Zorze polarne powstają wskutek oddziaływania wiatru słonecznego z magnetosferą. Słońce wyrzuca strumienie i obłoki zawierające głównie protony i elektrony, które wędrują z szybkością 300 – 1000 km/s. Ziemskie pole magnetyczne odchyla tor ich ruchu, jedynie w pobliżu biegunów magnetycznych są w stanie wniknąć w atmosferę. Cząstki wiatru słonecznego zderzając się z cząsteczkami powietrza wzbudzają je, co obserwujemy jako bardzo efektowne świecenie; ma ono miejsce przeważnie w odległości 90 – 200 km od powierzchni Ziemi. Barwy zórz związane są ze składem atmosfery: azot świeci ciemnoczerwono i fioletowo, tlen – czerwono i zielono, wodór – czerwono i niebieskozielono, barwa żółta jest skutkiem nałożenia się zieleni i czerwieni. Okiem nieuzbrojonym zazwyczaj widzimy zorze jako zielonkawe i białawe, dosyć blade; bardziej „barwoczuły” jest aparat fotograficzny

  

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz