Staniątki, 8 listopada 2025

Tak się nie robi! Po prostu tak się nie robi.
Wiem, bo na własnej skórze przekonałem się, że podobne uwagi wywołują u Pana zniecierpliwienie, a nawet srogą irytację, zaryzykuję jednak ten jeden, ten jeden ostatni raz.
Dołączył Pan do załogi Młodzieżowego Obserwatorium Astronomicznego równo 25 lat temu. Pamiętam jakie obawy wywołało Pańskie pojawienie się, bo nagle skromny zespół nauczycieli astronomii wywodzący się głównie z niedawnych uczestników kółka astronomicznego, czyli niejako „osób przyuczonych do zawodu” – zasilił z krwi i kości uniwersytecki astronom. Oczywiście, niejeden „zawodowiec” może okazać się kompletną pomyłką i absolutnie nie nadawać się do pracy popularyzatorskiej z dziećmi i młodzieżą, więc jakby same „tytuły” o niczym jeszcze nie świadczyły. Wtedy jednak nic więcej o Panu nie wiedzieliśmy.
W tym kontekście ze stuprocentową pewnością mogę mówić jedynie za siebie, ale wraz z Pańskim nastaniem dopadły mnie wątpliwości (zwłaszcza, że byłem bardzo młodym nauczycielem), czy ja dobrze uczę tej wspaniałej dyscypliny, czy nie konfabuluję, czy nie maskuję w jakikolwiek sposób swojej astronomicznej niewiedzy i jak często się mylę na prowadzonych przeze mnie zajęciach?
Prawdę mówiąc to uczucie nie opuszcza mnie przez równe ćwierć wieku. Zresztą starannie je Pan pielęgnuje, bo gdzieś pomiędzy rokiem 2013 a 2016 napisał Pan na naszej stronie internetowej takie zdanie: „W Obserwatorium grupy zorganizowane mogą liczyć na dobrze zorganizowane i rygorystycznie poprawne zajęcia z zakresu astronomii i nauk pokrewnych, prowadzone przez nauczycieli o kierunkowym wykształceniu.” A jakaż to jest różnica pomiędzy zajęciami dla efemerycznych grup szkolnych, a stałymi cotygodniowymi spotkaniami z tymi samymi uczniami w ramach kółka astronomicznego… no żadna!
Pańska obecność nadal budzi we mnie niepokój, ale dobry motywujący niepokój, bo zmuszający – jak to się w edukacji paskudnie i bezuczuciowo mówi – do ciągłego doskonalenia zawodowego. Wstrętne!
Myślę, że doskonale Pan rozumie co mam na myśli. Mijały lata, Pan rozwijał skrzydła. Pańska wszechstronność działania, pomysłowość, ponadprzeciętna umiejętność improwizacji i znajdowania rozwiązań dowolnych kwestii i problemów, nieopisywalna wiedza z wielu dziedzin nauki i sztuki, precyzja wypowiadania się, umiejętność nawiązywania i utrzymywania kontaktów, jednoczenia ludzi wokół astronomii, rozpalania w nich zainteresowań… I ta niepohamowana lawina nowych pomysłów. Bardzo kłopotliwych niekiedy, ale zawsze z dobrym celem na samym końcu. A ten blog, na którym teraz piszę? Wielkie i wieloletnie przedsięwzięcie. Dowód niezwykłej zawziętości powodowanej chęcią dzielenia się swoją wiedzą, wynikami własnych obserwacji astronomicznych, popularyzacji astronomii na „wysoki połysk”. To wielki magazyn pożywki dla młodych ludzi. Pytanie czy to docenią, ale to już inna historia… To wszystko jednych może wkurzać i rodzić niezdrową zazdrość, zaś innych inspirować, zachwycać i zmuszać do prób naśladowania. Już wiele lat temu mówiłem Dominikowi, że jest Pan naszym największym skarbem. (Proszę tylko o niewpadanie w samozachwyt! Każda moneta ma dwie strony, sam Pan to kiedyś powiedział, więc tylko uprzejmie przypominam.)
W naszej pracy (i we własnej pasji, którą ma Pan wdrukowaną w DNA) jest właściwie Panu obojętne czy mówi Pan do młodych ludzi czy osób dorosłych. Do jednych i drugich dociera Pan wyśmienicie. Rzadko kiedy podąża Pan utartymi ścieżkami, trzymając się powszechnie przyjętych, stosowanych reguł i schematów. Swoją drogą trochę mnie to denerwuje, bo chciałbym czasem działać tak samo jak Pan, ale brak mi na to odwagi lub blokują mnie moja wyobraźnia i zachowawczość.
Chyba nigdy tego Panu nie powiedziałem, a to w moim mniemaniu zabawna rzecz. Mam nadzieję! Moją pierwszą myślą, skojarzeniem, gdy Pana zobaczyłem te 25 lat temu było: matko kochana! Mefistofeles! Zobaczyłem twarz Mefista! Pański wygląd, w zależności od długości włosów lub zarostu potęguje lub osłabia to wrażenie, jednak diaboliczny wygląd nigdy Pana nie opuszcza. Do teraz nie umiem pozbyć się pozbyć się tego porównania i chyba w ogóle nie jest to potrzebne, niech sobie zostanie. Z tą zadziornością bardzo Panu do twarzy, nie wspominając już o Pańskim charakterze. Który jest taki trochę demoniczny?…
Ten „diabeł” tak czy siak wlecze się za Panem. Pamięta Pan wierszyk z okazji przejścia na emeryturę, wiele, wiele lat później? No właśnie!
Czasem diabeł wprost wcielony, czasem zgodny jak owieczka,
Szybki, głośny, niecierpliwy, niezawodny na wycieczkach!
Wiedza, humor i oddanie – cechy te, nasz miły Panie –
znamy dobrze i cenimy! Rady w życie wprowadzimy!
A że braku ich nie zniesiem bo entropia zacznie maleć –
Wszyscy o tym bez wątpienia wiemy w MOA doskonale!
Prosim bardzo by świadczenie, któreś Pan ostatnio nabył,
fikcją było egzotyczną, a nie dziurą wręcz kosmiczną –
w której znikną Twe talenty niczym komet ingredienty.
Emerytem też być możesz, bo to rzecz nie byle jaka,
więc my wszyscy dziękujemy za te dobre, wspólne lata!
Jednak prośbę mamy ważną, która szybko się objaśnia –
zostań z nami, pracuj dalej, ucz, edukuj i wyjaśniaj!
No tak… ale Pan już nie żyje…
„Zamknąłem”. To było ostatnie słowo jakie od Pana usłyszałem. W piątek 7 listopada szedłem wieczorem z „Hadesu” do sali numer 5. Pan przed momentem z niej wyszedł, minęliśmy się na korytarzu przy biurze.
– „Zamknąłem”
– „Nie ma sprawy, otworzę”, odpowiedziałem…
Dwie, trzy godziny później już Pana z nami nie było. Tak się nie robi, Panie Grzegorzu.
Gdy przechodził Pan na emeryturę żartowałem sobie, że musi Pan z nami zostać, bo bez Obserwatorium, astronomii, zamieszania i ruchu, który Pan przez lata generował, umrze Pan na drugi dzień. Zacieszałem się myślą, że dzięki Pana ponadprzeciętnej aktywności „tu i teraz” i temu ogromowi planów konsekwentnie przepychanych do przodu, śmierć się Pana obawia i nigdy do Pana nie podejdzie. Bo nawet ona rozumie, że trzeba Pana zostawić na Ziemi.
Umarł Pan chyba w najlepszy możliwy dla Pana sposób. Gdzieś w astronomicznym pędzie, w środku trwających, niekończących się projektów, zadań i wyzwań. W sobotę 8 listopada miał Pan jechać do Kudowy Zdroju na kolejną imprezę Polskiego Oddziału Europejskiego Stowarzyszenia do spraw Edukacji Astronomicznej, prawda? Umarł Pan bez stagnacji, zawieszenia na granicy życia i tego przerażającego oczekiwania na to, co jednak nieuniknione. Jakkolwiek to zabrzmi – cieszę się i zazdroszczę.
Zbliżając się do końca mojego listu, wyjaśnię Panu, dlaczego nigdy nie przeszliśmy na „Ty”. Nigdy wcześniej o tym nie mówiłem. To narodziło się i trwało samoczynnie. Od samego początku zwracałem się „per pan”, a Pan odpowiadał tym samym. I tak to było przez te wszystkie lata. Jestem z tego zadowolony. Formalizowało to mój szacunek do Pana. Gdy wzajemne relacje, zwłaszcza w pracy są trochę trzymane na wodzy, trudniej jest brzydko zachowywać się względem siebie, łatwiej zadbać o często potrzebny przy ciągłym współdziałaniu dystans i hierarchię. W którymś momencie, po tych 25 latach zaproponował Pan przejście na „Ty”. Kolejność była właściwa, to starszemu (lub kobiecie) przynależy taka decyzja. Odmówiłem jednak, z przyczyn podanych kilka linijek wyżej… Nie żałuję.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Ważna myślę. Każdy pasjonat czy osoba głęboko zaangażowana w swoje hobby powinna mieć swojego mentora, mistrza. Jeśli, co zrozumiałe, chce go mieć i potrzebuje. Oczywiście Pan nie mógł być moim Mistrzem, bo byliśmy partnerami w pracy. (Tę tezę muszę jeszcze przemyśleć, choć ja mam już swojego Mistrza.) Mówię tu o setkach, tysiącach młodych ludzi, którymi zajmował się Pan, gdy zaczął Pan prowadzić kółka astronomiczne i inne zajęcia popularyzacyjne. Dla wielu z nich jest Pan takim prawdziwym Mistrzem. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Dla młodych i dorosłych – że wspomnę tylko rzesze nauczycieli, których Pan za sobą prowadził… A młodzież?! To już są pokolenia! Niewielu edukatorom udaje się ta sztuczka. Gros z nich na zawsze pozostaje jedynie sympatyczną panią lub panem instruktorem, którzy prowadzą może i nawet świetne, ale wyłącznie jakieś tam zajęcia…
I co tym ludziom, co nam! Pan teraz powie? Nie starczy tu Pańskiej błyskotliwości, humoru, elokwencji i gibkości języka… Nie robi się tak, Panie Grzegorzu…Nieprędko to zrozumiem i wybaczę…
Tymon Kretschmer













































































